substitute at ownlog '06


Link 13 sierpnia 2006 skomentuj (0)
nie mogę namęczyć się z Sydem, więc póki co pozostajemy przy standardzie. jeszcze pomyślimy. to jest test postmodernistycznego braku wielkich liter. ale i tak jak już jest oficjalnie zawsze się krępuję.

(a miało się zacząć zupełnie inaczej, miało być being syd barrett? i wyjaśnienie dlaczego, i moja wizja, Syd kojarzy mi się z Sandmanem, a przynajmniej kojarzył na tym, co zrobiłam)

a substitute (i pamiętaj Am, bez wielkich liter, bez wielkich liter!) to nazwa na chybił trafił, która w ciągu nocy zyskała większe znaczenie. za mała jeszcze jestem na dorosły blog. więc ten będzie takim jego substytutem. już ostatnim.


Link 14 sierpnia 2006 skomentuj (1)
Próbuję się uwolnić spod jarzma The Wall, staram się zamiast tego słuchać The ha ha wall zespołu The Libertines, niestety, od prawie dwóch miesięcy to równie bezowocne jak próba przekonania się do modnego braku wielkich liter, który chyba jednak nie przejdzie. Ciągle poszukuję miłego zdjęcia na szablon - zawczasu ostrzegam, po głowie chodzi mi szablon różowy. Dzisiaj pierwszy raz od jakiegoś czasu znowu płaczę, co oznacza, że nadchodzi upragniony rok szkolny, przedostatni (wszystko jest przedostatnie albo ostatnie, tak jakby moja pełnoletność za 5,5 miesiąca miała zmienić cokolwiek, poza legalnym alkoholem, bo palić i tak mi nie wolno, niezależnie od wieku, natomiast bardzo zależnie od obecnej sytuacji). W chwilach kiedy jednak się uwalniam i ani Cacy Cacy Fleischmaschine, ani Wish You Were Here, ani wyżej wymieniona nie zaprzątają mi głowy, kiedy mogę zająć się wreszcie czymś innym niż słuchaniem muzyki (co powinno być napisane wielkimi literami, ale widać jednak jestem troszeczkę na czasie), czytam Cień Wiatru i tym Cieniem Wiatru żyję z muzyką na zmianę, bo poza tym nic mnie nie napędza, oprócz każdej kolejnej strony i każdej kolejnej nuty, oprócz tej cudownej okładki i tej solówki z Hey You w którą za bardzo wczuwam się na przystankach, to znaczy zamykam oczy, zaciągam się wolniej i tak dalej.

Myślę też, czy anonsować ten blog oficjalnie, czuję się jakoś swobodniej i mogę pisać szybciej wiedząc, że przeczyta to tylko wąskie grono, najchętniej przypadkowe, dla którego nie mam się po co starać i nie muszę szukać dzisiaj puenty.


Link 14 sierpnia 2006 skomentuj (0)
Umówmy się, że to co widać jest pozą, kaprysem syndromu SPS, chociaż prawda jest inna, po prawdzie to ja chwilowo po prostu nie umiem, nie chcę już gwałcić Syda jego kolejnym szablonowym wcieleniem, nie chce pań z żurnali, nic nie jest w stanie mnie zadowolić, a przecież jeśli zaczynać od początku to zaczynać wszystko, to znaczy zrywać ze schematami i pozwalać sobie na takie zdania, które naprawdę się lubi, to znaczy nie myśląc pisać, dosyć już tapety w różyczki i Photoshopa, i tekstów piosenek, nawet przecinki nie są takie istotne, oto pełna i głęboka ekspresja. Pełna swoboda, już nie trzeba podrywać przez internet i wplatać tych wymyślnych aluzji. To znaczy trzeba będzie, ale kiedyś. Za jakiś czas. Obumiera.


Link 15 sierpnia 2006 skomentuj (1)
To jest noc jedna i ta sama od ostatnich dwóch tygodni, dobra noc spędzona na odświeżaniu co pięć minut last.fm i stawianiu kolejnego pasjansa. Wątpliwości powracają w pełnej krasie. Inaczej już nie umiem. Momenty całkowitej pewności są ze wszystkiego najgorsze. Przez 300km wyświetlam sobie w głowie te same klisze, codziennie zasypiam w trakcie innej sytuacji, a potem i tak to wszystko na nic, po nic, nie ma szans i nie ma sensu, ubzdurać sobie, nie móc sobie wybić z głowy. A wszystko zaczyna się w momencie, kiedy pewna nieważna dla historii osoba odrzuca moje zaproszenie na gronie.

A może dużo wcześniej, kiedy zaczynam pisać książkę roboczo zatytułowaną "Trzy Życzenia", która zaczyna się od słów jeżeli spełnisz szereg warunków..., płynnie przechodząc w "Kino Drogi", które zaczyna się od słów budzę się i widzę wielki błękit i w drodze gubi bohaterów, bądź scala dwóch w jednego bez zmian na wcześniejszych stronach.

Jedynym dziełem mojego życia będzie autobiografia, a może autopornografia, bo chciałabym teraz tylko napisać coś w stylu "wchodził w nią coraz głębiej, a każde pchnięcie było niczym pokonanie następnego stopnia na schodach do nieba" lub równie pretensjonalnie.

Niech dalej nikt nie wie, póki co nie muszę się wstydzić autopornografii.


Link 15 sierpnia 2006 skomentuj (1)
Przede mną godzina trzydzieści minut, trzy i pół papierosa oraz niewyobrażalna liczba przesłuchań "One of these days" nieprzyzwoicie głośno, by o dwunastej zebrać ubrania, jak zwykle odłożyć za dużo książek i pójść spać trochę wcześniej, by następnego dnia, walcząc z permanentnym kacem nie wiadomo po czym, wstać, wypić resztkę soku i zjeść resztkę wędliny, wsiąść do pociągu, pojechać. Bardzo miło i prorodzinnie, 15 dni z matką, rozkoszne sam na sam na szesnastu metrach kwadratowych. Już planuję, w której dni spotkać się ze znajomymi, w które dni chodzić do kawiarenki internetowej, a kiedy wymyślić jeszcze inną wymówkę.

Nieważne. Skończyłam "Cień Wiatru", teraz "Świat jest pełen chętnych suk", co czytałam już jakiś czas temu, to znaczy to opowiadanie Piekary o Aleksie, który robił to co umiał najlepiej, aż dnia pewnego. Już nie pamiętam. Czytam książki za głupie, albo za ambitne i właściwie to ja od dawna wcale nie lubię fantastyki.

Pewność niepewności żywa jak nigdy.
pomyliłem się pomyliłem się pomyliłem się pomyliłem się
Kiedy wreszcie będziemy mogli porozmawiać jak mężczyzna z mężczyzną?

(widzę w tobie siebie rok temu, no nie wiem, to nie był komplement)


Link 15 sierpnia 2006 skomentuj (1)
Godzina i trzydzieści minut.
Półtora papierosa - dwa zostawiłam.
"One of these days" jak najbardziej, po wielokroć.

Potencjalnie - witamy cię, Maćku.


Link 17 sierpnia 2006 skomentuj (0)
No tak. Wystarczyło "cześć laleczko" i już czuję się jakbym była w Cannes. Chyba za próżna jestem jak na mój wiek i obwód piersi, który jest nieznacznie mniejszy niż 90, oraz obwód bioder, który z kolei jest większy (ale też nieznacznie, gdyby to wyrównać byłabym idealna, wyrównajcie mnie, wyrównajcie mnie!). "Cześć laleczko" podczas gdy ja zataczam się po papierosie, bo jak się ma odwyk i pali jednego dziennie, to znowu jest jak za dawnych dobrych lat, to znaczy znowu zawroty głowy, znowu plączą się nogi, przynajmniej działa to jakoś. Znajomi jako tako ustawieni, Sopot jako tako przypomniany sobie. Mojej matki nie rusza "If it's in you" Barretta. Wkłada na twarz maskę nr 27 czyli "mówisz o tym z taką fascynacją, a ja znam to wszystko, znam to od drugiej strony" i stwierdza ja tyle razy słyszałam w studiu tylu artystów, że to już nie jest w stanie mnie ruszyć po czym zdejmuje słuchawki w najlepszym momencie "Dark Globe", więc jestem niepocieszona. Do tej pory pamiętam, jak w zeszłym roku w Sopocie Waglewski pocałował ją w policzek, a mnie tylko podał rękę. Będę zazdrosna o to przez całe życie. Brak dojścia do gwiazd. Do gwiazd trzeba dochodzić samodzielnie. Tak, tak.

Potem otwieram się przed nią i mówię prawie wszystko, jak co roku, oczywiście pomijając brudne fakty, o których nigdy się matkom nie mówi, i w połowie zdanie mielę przekleństwa, przełykam, zostaje nalot na dziąsłach oraz 'ten ch...' drżące przez chwilę w trójmiejskim powietrzu, ale to nic. Nie jest tak źle. Tyle tylko, że po jutrzejszej nocy prawdopodobnie skończą mi się tematy. Ale będę improwizować. Zawsze możemy o muzyce (gdzie mnie gasi), o kinie, o literaturze. Tylko nie o papierosach.


Link 18 sierpnia 2006 skomentuj (1)
No i klapa na całej szerokości. Chyba. Czas się kończy. Czy do tego czasu znajdę odpowiedni cytat? Nie. Tak. Nie wiem. I proszę Cię, proszę Was, niech mnie ktoś stąd zabierze.


Link 20 sierpnia 2006 skomentuj (2)
W jaki sposób połączyć nastoletni realizm spod znaku "Przygód Marka Piegusa" i "Ali Makoty" z Cortazarem, Zafonem, Marquezem? Gdybym tylko osiągnęła ten niedostępny pułap, to by było jak wiedza tajemna, jak kamień filozoficzny. (tak jest bezpieczniej.)

Kiczowaty Marquez uczy mnie, że życie potrafi się również toczyć bardzo powoli, i odnajduję się w takim milczącym przyzwoleniu i fatalizmie, który był zawsze, ale teraz jest to fatalizm bez desperacji i bez buntu, deszcz zmywający Sopot, papierosy mniej chaotyczne, powolna rezygnacja i już nie liczy się dni, nie wiem ile ich zostało, dziewięć a może jedenaście. To bez znaczenia. Spokojna zgoda na wszystko, bo przecież i tak będzie zupełnie inaczej niż myślę, a 76 dni karmienia się pięknymi wizjami i nadziejami należy już do innej, abstrakcyjnej przeszłości. W abstrakcyjnej przeszłości czekało się (73 dni), aż on przyjedzie do Warszawy i rzuci okiem w przerwie między piosenkami, bo podczas piosenek oczy miał zamknięte. To były noce szenastoletniej desperacji, w stylu "gdybym tylko mogła wskoczyć mu do łóżka", a teraz przecież bym mogła, bez żadnych problemów, byłoby dużo łatwiej, wystarczyłyby tylko trzy gesty, cztery słowa, mniej niż skomplikowane znane z filmów fantasy zaklęcie, i już. Jakoś nie mam ochoty. Wskakiwanie do łóżek to taki objaw gówniarstwa, a ja tutaj wyższe plany, przeznaczenie, przeznaczenie nie polega na orgazmach, choćby czterech pod rząd.

Chociaż.
Miesiąc temu nie byłabym tego taka pewna.
I nadal nie jestem.
Tęskniłeś?


Link 23 sierpnia 2006 skomentuj (0)
Kiczowaty Marquez zakończył się w wielkim stylu, zwalniając pole do popisu jeszcze bardziej kiczowatemu Danowi B., pracowitemu rzemieślinkowi, którego literatem nie da się nazwać w żadnym wypadku. Mimo to stawiam sobie pytanie - czy na jakichś kursach można się nauczyć, w jaki sposób wciągnąć czytelnika w fabułę? Jeśli nie, z bólem serca będę musiała to nazwać "talentem".

Łagodna rutyna plaży i bólów głowy niezmiennie tuż po obiedzie, łagodna rutyna łagodnych papierosów w tym samym miejscu, łagodne spacery nadmorską promenadą i wieczory z telewizorem oraz pisaniem powieści (średnio trzy kartki dziennie), która w rzeczywistości też jest alibi, po to tylko, by wyjść na taras i zapalić. Idąc tymi samymi bocznymi uliczkami żałuję, że to nie Barcelona, lub chociaż Genewa, Boston, Paryż, Macondo, jedno z tych malowniczych miejsc, o których miałam przez ostatni miesiąc przyjemność czytać. Karawana obcokrajowców. Pociągający trzydziestoletni kosmaci Włosi, nastoletni niezidentyfikowani w koszulkach w paski i z metroseksualną fryzurą, dwudziestoletni pisarze. W tym wszystkim rytuał kaw smakowych i wizyt pozostaje zachowany. Wielokrotny mentalny gwałt na Barrecie. Podejmowanie przełomowych decyzji pod wpływem "Magdy M.", bo mnie seriale skłaniają do najgłębszych refleksji.
Kolejny raz umieszczam samą siebie w książce i kolejny raz, chyba podświadomię, czynię się najtragiczniejszą bohaterką tej zabawnej powieści.


Link 27 sierpnia 2006 skomentuj (1)
Nie. Nigdy więcej picia. Nigdy więcej obcych miast i kaca w obcych miastach. Nigdy więcej dni, kiedy rzygam sobą bardziej niż alkoholem (jakie to malownicze). One of these days, tru lu la la lu.

Więc kiedy tak zataczając się i kołując idę za moją matką do wejścia dla vipów, kiedy jem przygotowane przez matkę kanapki na końcu długiej kolejki, a potem matka dzwoni, żebym przyszła na początek bo na chama zdobyła opaski, wtedy jest nieźle. Gorzej zaczyna się robić w połowie pierwszej części, wtedy pojawia się wyrzut i "pogadamy o tym później", o czym zresztą później nie gadamy, bo ja wzruszam ramionami. Menadżer zespołu Hey, który kupuje nam herbatę, klnie przeraźliwie, bardziej niż ja. Wreszcie, kiedy cudem przechodzi migrena, jest już "High Hopes" i "Echoes", i wszystko szczęśliwie zbliża się do finału, trzeba wyjść, żeby nie jechać w hermetycznie zamkniętej puszce, to znaczy zatłoczonym pociągu. Wychodzimy, robiąc kółeczko o łącznej długości dwóch stacji, i kiedy idę pustą ulicą, z końcówką "Comfortably Numb" tłukącą w moje plecy, z matką i cała w strachu, bo późno, ciemno, a patrole wirtualne, wtedy to wszystko spływa tak ostatecznie i mówię sobie idiotka idiotka idiotka idiotka, bo po alkoholu nie lubię siebie jeszcze bardziej niż zwykle.

Noc dawkuje sen, przeplata, co dwie godziny jakieś rewelacje, śniadanie jest okropne, one of these days jak nic, najchętniej zastrzeliłabym was wszystkich. W rezultacie całe przedpołudnie to ciąg ponurych scen przeplatanych cytatami z jednego zespołu, których nie przytoczę, bo nie pamiętam dokładnie, a w kwestii przytaczania jestem perfekcjonistką.

Bełkot.
Decyzje trwają dzielnie, zapadły, tylko jakoś nic z tego nie wynika.
Żałuję, że nie lubiłam wakacji, teraz czuję, że szkoła wraca wielkimi krokami. I pięknie.
(wcaleniechcemisięrzygać.)


Link 31 sierpnia 2006 skomentuj (1)
Przeraża mnie mój wtórny zanik wszelkich umiejętności, nie umiem nic zrobić, chyba nie umiem nawet zwymiotować, patrząc jak robi się ciemno garbię się i trzęsę, zagłuszam wycie mojego kota piosenką o wdzięcznym tytule "Down in a rabbit hole", która nikomu nie kojarzy się z niczym, a może Nietzschemu z nikim. Toteż Barrett, bo jest jedyną rzeczą, którą zrobiłam od miesiąca. Ledwie przyjechałam. Marzyłam o dniu 31 sierpnia przez dwa miesiące, a teraz chciałabym uciec i znowu mieć czerwiec, bo w obecnej sytuacji każde wyjście jest złym wyjściem albo brakiem jakiegokolwiek wyjścia. Miauczenie tego kota doprowadza mnie do depresji, zamykam drzwi żeby nie słyszeć i skupiać się na oczekiwaniu, ale nawet teraz słychać, zastanawiam się co bardziej eksploatować, który fizyczny objaw psychicznego cierpienia, czego słuchać, bo nudzi mnie absolutnie wszystko, świat zamyka się w trzech terminach miłość śmierć muzyka lub piwo wino wódka lub seks alkohol papierosy, ale wszystko jest tym samym. Miłość jest seksem, alkohol śmiercią, a papierosy muzyką. Mniej więcej. Te dwa są oczywiste, to trzecie mogę objaśnić prywatnie. Powrót matki słychać nawet przy zamkniętym oknie, Barrett mnie męczy i Conor O. mnie męczy, męczą mnie też Babyshambles, DPT, Świetliki, żyję kiedy czytam ("Kochanicę Francuza"), powtarzając się nie mam ochoty żyć tym bardziej.
Chujowo jest.
Na permanentne wkurwienie trudno kogokolwiek uwieść.

Załóż bloga

Archiwum

2010 // 03 02 01 2009 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2008 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2007 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2006 // 12 11 10 09 08

Kategorie

fetysze(53)
frustracje(51)
iwenty(33)

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl