substitute at ownlog '06


Link 1 czerwca 2007 skomentuj (2)
PLACEBO
na scenie jest niesamowite, najbardziej cover Kate Bush i "20 years" z wielkim, post-punkowym transem na basie. I przy tym, co się działo, wszystkie punkowe napierdalania to fraszka. Nie spodziewałam się, jaką siłę ma kilkaset napalonych dziewcząt i chłopców, histerycznie szukających kontaktu wzrokowego z idolem. Pod sceną - rzeźnia. Pierwszy raz nie skakałam sama z siebie, tylko podnosili mnie stojący naokoło ludzie. Wszystko mokre od cudzego potu, smród, mdlejące kobiety i ja, przekonana, że będę następną. Na szczęście zostały mi jakieś resztki rozsądku i uciekłam bardziej na tył, gdzie zresztą było znacznie lepiej, wizualizacje na telebimach świetne, nagłośnienie idealne. I wokalista Hariasen (pseudonim artystyczny: Julie Amber) przez cały koncert (to znaczy tę część, kiedy mogłam już cokolwiek rejestrować) dziarsko podrygujący przede mną, co trochę się kłóci z ideologią ruchu emo. Haha. Hariasen. Najśmieszniejszy support, jaki kiedykolwiek widziałam. Wokalista-epileptyk i gitarzysta, które każe mówić na siebie "Jezus".

Chyba rozumiem ludzi koczujących cały dzień pod Torwarem, którzy zjechali się tu z całej Polski i po części udzieliła mi się zbiorowa euforia. Już mogę oddychać. Prawie. Jest dobrze.


Link 4 czerwca 2007 skomentuj (3)
Nie próbujmy zmieniać własnych rodziców na lepsze. Reagują jeszcze bardziej histerycznie niż my, my przynajmniej jesteśmy przyzwyczajeni.
Okazało się, że przez całe wakacje (wyłączając Sycylię) siedzę w domu, przynajmniej na razie tak to wygląda. Nasz coroczny wyjazd nad morze został zarezerwowany na dni 26 sierpnia - 1 września. Podczas gdy 28 albo 30 może jest koncert, którego wolałabym nie przegapić i podczas gdy pewnie 1 września powinnam być w autobusie wiozącym nas na Ukrainę. Coś się kończy, jeździmy razem z matką nad morze odkąd miałam trzy lata. I moje wakacje, zawsze tak ślicznie zapięte na ostatni guzik, w tym roku są dwumiesięczną luką. I jeszcze dam sobie rękę uciąć, że jeżeli coś przez ten okres będzie wymagało, bym koniecznie została w Warszawie - to akurat wypadnie to w moje jedyne zaplanowane dwa sycylijskie tygodnie.

Poza tym lubię się pomartwić czasem.
I know the past will catch you up as you run faster etc.


Link 7 czerwca 2007 skomentuj (0)
Odkryłam dużo zapomnianych filmów, dużo zapomnianej muzyki. Zwłaszcza muzyki. Od dwunastej we środę, kiedy to triumfalnie powróciłam do domu ból głowy próbując zabić lodami o smaku mascarpone, opis mojego życia można sprowadzić do listy recent tracks na last.fm

wersja rozszerzona: [Wychodzę na nocne papierosy, noc z balkonu jest bezpieczna. Po drugiej stronie ulicy bawią się koty i czasami widać jeże, na nocnych papierosach docieram najdalej w moim wypaczaniu świata. Od pewnego czasu czuję się zadowolona z życia, bardziej niż kiedykolwiek. I to straszny paradoks, bo właśnie teraz nie powinnam. Może dopiero od niedawna moje życie to naprawdę życie; dawniej ważniejsze od życia było zapisywanie go, a potem tworzenie melodramatów i rozdrapywanie ich przez trzydzieści stron. Zazdroszczę sobie umiejętności analizowania pojedynczych sytuacji przez tygodnie i pasji, z jaką brałam głupstwa za wielkie przełomy, bo wtedy przynajmniej coś pisałam. Teraz otwieram pamiętnik raz na dwa tygodnie, zapisuję trzy zdania streszczające, bardziej hasła. Nie mam czasu na tworzenie z życia książki, chociaż jeśli tworzyć kiedykolwiek, to tylko teraz - teraz byłaby to książka ciekawa. Ale niestety, przeżywanie jej jest zbyt absorbujące, aby cokolwiek jeszcze napisać.]
Brzmi to jak list z "Twojego Stylu" i naturalnie wcale nie jestem szczęśliwa, co najwyżej pewna jakiegoś odwiecznego porządku. A takie notki pisać najtrudniej, samo słowo "szczęście" błyska radosnym neonem "banał" już na wejściu. Następna będzie już tylko o muzyce.


Link 8 czerwca 2007 skomentuj (4)


Złe mi się śni, z niepokojącą zamianą ról i Marilynem Mansonem w roli pilota szkolnej wycieczki.



Link 9 czerwca 2007 skomentuj (0)
Witamy z centrum burzy, niebo przez cały dzień bardzo piękne, koło siódmej pomarańczowe na zachodzie, w stronę wschodu przechodzące w szare. Czwarty dzień walczę z moją cholerną meteoropatią.
Poza tym, jak to bywa w dni spędzane samotnie, nastrój jakiś smętno-sentymentalny z odwiecznym poczuciem niższości w tle.

Pociągi stąd do wieczności omijają naszą stację,
przypominam sobie na papierosie wczesnowieczornym. Tak jest, raczej.


Link 11 czerwca 2007 skomentuj (2)
Ciekawe co mnie dzisiaj zmusi do wzięcia się do pracy.

Uciekam od wizyt, wtedy ból głowy mija - naturalnie trudno sobie z tym poradzić.
I poszłabym zapalić, ale teraz wstyd mi jakoś.
Mój stały set Interpolowy przypuszcza atak [wady Interpolu: "pretensjonalność, dziwne fryzury Carlosa D., naciągana depresja w linii melodycznej" according to W.]

Set:
Hands Away
Obstacle 2
The New
Leif Erikson
Specialist
Cubed


Link 11 czerwca 2007 skomentuj (1)
Przypominam sobie różne epizody, jak kiedykolwiek mogło wyjść coś takiego, jaka ze mnie była idiotka, jaka naćpana fatalistka, która codziennie stawiała tarota i czytała horoskop, a potem horoskop się sprawdzał i tarot też. Doprawdy, niezmierzone są moje moce ubóstwiania osób kompletnie niegodnych, przynajmniej zmieniłam się dużo, tak tu niefrasobliwie piszę wszystko, wielki sukces.
I właśnie tak chyba jest lepiej, piszę do Ciebie, bo ten akapit adresuję już do Ciebie bezpośrednio, chociaż być może orientujesz się o co chodzi w poprzednim, nietrudno, w każdym razie mnie to imię nie przejdzie przez usta; a lepiej o tyle, że nie myślę obecnie za dużo, czuję się mądrzejsza od całego świata i przygotowana na wszystkie niespodzianki, które może mi jeszcze sprawić, oczywiście i z takiej postawy nic mądrego nie wynoszę, ale przynajmniej nie ciskam się wieczorami w spazmach rozpaczy. No, czasem tak. Ale raczej jest dobrze, więc nie ciskam się.

Z czystej rozkoszy pisania najdłuższych zdań świata zostawiam tę hermetyczną paplaninę tutaj, z czystej rozkoszy przypominania sobie przeszłości i świadomości, że coś tam jednak z moich porażek życiowych wynoszę.


Link 12 czerwca 2007 skomentuj (1)
Dzisiejszy dzień serwuje stanowczo za dużo emocji w zbyt krótkim czasie, a najbardziej mnie zaskakuje mój dobry (nawet głupawy) nastrój, w który wpadłam po południu, bo nie ma do niego specjalnych powodów. Wpierw po raczej nieprzespanej nocy postanowiłam jechać do szkoły godzinę później i akurat stałam się jednym z uczestników wypadku, który jakoś strasznie mnie rozbił psychicznie na dwie godziny. Mnie nic się nie stało, dwa siniaki na kolanach - naprawdę mam chyba cholerne szczęście w życiu, wybrałam sobie idealne miejsce (za kierowcą, a więc osłonięte od latającego szkła). Wypadki mnie przerażają, zawsze przypominam sobie wypadek mojego ojca trzy lata temu, z którego de facto nie powinien był wyjść żywy, a wyszedł bez zadrapania. Ten ciąg logiczny jest bardzo na miejscu, dzisiaj kolejne rewelacje, jak zwykle jest źle, bardzo źle, coraz gorzej. I tak się zastanawiam - jaki jest sens w działaniu Boga/losu (lub tego, co jest, a coś przecież być musi) w cudownym ocaleniu mojego ojca, po to, by rok później zachorował i powoli umierał przez dwa lata. Pisanie o tym na "blogu" wydaje mi się trochę niesmaczne, a pytanie trochę banalne - ale tak się zastanawiam, po prostu.

Wszystko tak trochę poza mną, jedząc z matką obiad szukamy rozwiązań sytuacji M. i nie wiem która wkurwia się przy tym bardziej, a ona analizując moje poranne zdarzenie ucieka w fatalizm, to dobre, nie budzi już irytacji, godząc się z całym światem musiałam pogodzić się z własną matką. Moje nowe podejście do życia wyznacza Tomek M., lat dziewiętnaście i jego sentencja zaskakująco optymistyczna, jedyne poważne zdanie w naszej radośnie kretyńskiej rozmowie.


Link 14 czerwca 2007 skomentuj (2)
Nie bardzo mam siłę cokolwiek pisać; tak czy owak zawsze byłam mistrzynią udawania. Myślę bardzo dużo o bardzo różnych rzeczach, dochodzę do bardzo wielu wniosków, ale żaden z nich nie jest przyjemny.


Link 15 czerwca 2007 skomentuj (5)
pass this on /
Samą siebie zaskakuję, jak dobrze wszystko znoszę. Może nigdy nie byliśmy wystarczająco blisko, albo pogodziłam się już z tą myślą. Najbardziej ze wszystkiego boję się sztucznego współczucia, ale póki co nikt go nie okazuje. Wszyscy są bardzo dobrzy i jakoś to idzie, skupiam się na pierdołach albo na problemach mniejszego kalibru, tylko nie bardzo jeszcze mogę patrzeć na wycinki z gazet które dostałam od dziadka. Dziadek. "Tak musiało być" powiedział, po czym zaczął nam opowiadać o wiewiórkach. Zastanawiam się, w jakim stopniu rzeczywistość do niego dociera i czy nie będzie następny.

Wakacje do Sycylii - dowiemy się co i jak z testamentu, a potem: szukanie dobrego prawnika, ponowne zawieranie umów z najemcami, decyzje co z domem, meblami itd.; chciałabym ocalić sprzęt, myślę że dałoby się na nim tworzyć naprawdę dobrą muzykę. Czuję się nagle wepchnięta w dorosłość, tę najgorszą spod znaku papierkowej roboty co miesiąc. Czuję się czasem nieszczęśliwa, ale chyba nie bardziej niż zwykle i tylko kiedy uświadamiam sobie, że są jeszcze inne problemy z którymi należy się zmierzyć. I co. Zmierzę się. Sentencja sprzed dwóch notek brzmi "im bardziej życie ci dokopie, tym więcej masz prawo od niego oczekiwać", mam zamiar w to wierzyć.

Trzy piosenki z nowej płyty Interpolu - są znośne, na pewno lepsze od singla, ale zupełnie nieinterpolowe. Zbyt patetyczne, bez transu i "zimnych gitar", zupełnie nie to. Za to The Knife jest niesamowite. Patrząc na szwedzką scenę muzyczną (mam tu na myśli również Gunthera) myślę, że wszyscy Szwedzi to kosmici.

Gdyby ktoś chciał wiedzieć czego obecnie słucham, to po prawej stronie każdego tytułu jest taki mały znaczek i klikając na niego można usłyszeć 30 sekund piosenki, najczęściej najgorsze 30 sekund, ale zawsze coś.

I'm in love with your brother; I thought I'd come by (...)


Link 17 czerwca 2007 skomentuj (2)
Wszyscy się rozsypali, od środy wszyscy na prochach uspokajających, a nadchodzący wtorek (pogrzeb) będzie kulminacją. Ja czuję się na zmianę nieszczęśliwa i podła. Dlatego kupuje nowe ubrania i potem mam wyrzuty sumienia, że jestem w stanie wychodzić na zakupy, bo nie powinnam być w stanie (...)
Przez życie raczej pełznę niż idę może od dawna, a może ostatnio. Nie ma sensu podnosić głowy, świat nie oferuje nic ciekawego, jeżeli będę żyć za 40 lat, wszystko będzie dokładnie w ten sam sposób.

Godzina 01:08, Marble House.
Rok temu miałam iść na "Lovv" do Montowni, ale nie doszłam.


Link 18 czerwca 2007 skomentuj (0)
Dzisiejszy dzień to apogeum. I wszystko naraz - agresja i rozpacz jednocześnie. Siostrzeniec przyjaciółki mojej matki przed popełnieniem samobójstwa dzwonił do wszystkich poradni psychologicznych, ale wszystkie go osrały. Więc wyniósł z laboratorium fiolkę z trucizną i wypił ją w ogrodzie saskim. A moja babcia dzisiaj zemdlała i jest w szpitalu, na dzień przed pogrzebem. Panicznie się boję dzwonić do M. i pytać o szczegóły, które babcia miała mi podać. W ogóle boję się telefonów - kondolencje albo informacje o pogorszeniu się zdrowia kogoś z rodziny. Po babci wybór mamy już niewielki.
Na dodatek - kłótnia na powitanie z matką. O co? Uwaga. O selera. I łososia. W kartoflach.

Bardzo chce mi się palić, ale boli serce i ręce smakują nikotyną tak podle że aż mnie odrzuca. Więc litujcie się nade mną, matką boską zasmarkaną, tulącą do piersi zerwaną torbę zamiast Chrystusa. Litujcie się, zanim skasuję.


Link 20 czerwca 2007 skomentuj (0)



Wypadałoby coś napisać, skoro już zaczęłam się bawić w jakby-naturalizm.
Ale nie. Jeszcze nie.


Link 21 czerwca 2007 skomentuj (1)
Naturalnie nadchodzą gorsze momenty. Żyje mi się całkiem dobrze, aż tu nagle i potem nie bardzo mogę się pozbierać. Zawsze wtedy kończy się muzyka i matka mówi że palę coraz więcej, a ja nie mogę nie przyznać jej racji. Poza tym ciężko mi zasnąć w nocy, trudno zamknąć oczy, widzę trupie ręce wyciągnięte do mnie i sale operacyjne, i mojego ojca. To wariacje podświadomości na temat jednego obrazka z wtorku; rzut oka przez otwarte drzwi do szpitalnej kaplicy zanim zamknęli wieko trumny. Więc żeby to wyrzucić, próbuję myśleć o seksie, ale czasem nie skutkuje.

Oto wakacje, jak zwykle - przerażające.



Link 23 czerwca 2007 skomentuj (0)
Jak na grób, to zawsze w deszczu, przed deszczem albo po deszczu. Tym razem idealnie wybrałyśmy moment, więc prozaiczne dyskusje o rozmieszczeniu trumien w katakumbach i o tym, od kogo jest która wiązanka. Niektóre groby są naprawdę ładne, a niektóre powalają fantazją, a na przykład grobowiec Wedlów daje strasznym socrealem. Jutro nabożeństwo (nie mówi się msza) i na jesieni pomyślimy o konfirmacji. Artykuł w "Życiu na gorąco" - o dziwo całkiem do rzeczy.

Dobrze. Opanuję wakacje. Przemebluję pokój. Pobiegam po ZUS-ie. Prorocze sny do mnie wracają, co byłoby dobre bo w nocy z czwartku na piątek śniły mi się rzeczy cudowne, najlepsze. A dzisiaj ślub i wojna (trojańska, chyba), i ja, pełniąca rolę przewodnika, pokazująca wojnę moim byłym miłościom, komentująca kwadratowe sukienki ślubne, jeżdżąca wśród ruin pociągiem.


Link 25 czerwca 2007 skomentuj (1)
zgorzknienie, dystansik, autoironijka
Życie dalej nie odpuszcza, bo dlaczegoż by miało być inaczej. Więc problemy spadkowe które nawet prześmiesznie przypominają chwilami kryminał. I śmierć atakuje po raz kolejny, tym razem tylko nieznaną rodzinę rodziny. Marta jest dzisiaj trochę moim psychologiem - mówię dużo. Wcześniej stawia najlepsze wspomnienia związane z moją byłą szkołą w bardzo negatywnym świetle. Spać już trochę mogę, śpi mi się dobrze, śnią mi się przerażające głupoty, mam nadzieję że jednak się myliłam co do powrotu snów proroczych. Za to nie bardzo mogę jeść chociaż jestem bardzo głodna prawie cały czas, wszystkie wypróbowane potrawy na czarną godzinę są mdląco-ohydne, nic nie wychodzi, tarta lotaryńska zgrzyta w zębach a mascarpone się psuje. Mam pomysł na książkę. Wyślę mój scenariusz do dwóch konkursów, mimo że nie pasuje do podanych reguł. Wpadłam w nieznośny potok dekadencji na powrót, chociaż i ona pomału przestaje mi smakować. Lecz z tego wszystkiego jest już prawie cały pierwszy akapit. W głowie. A książka jest o megalomanii. I innych trudnych wyrazach. I bardzo w niej siebie samą zgnoję. Tak planuję przynajmniej. Tak myślę.

Czytam.
Sporo.
Nareszcie. Matyldo, gratulacje.


Link 27 czerwca 2007 skomentuj (0)


Lato wybitnie nie sprzyja. Ładne myśli przychodzą mi do głowy zawsze koło północy, poza tymi nocnymi eskapadami na papierosa myśli są bardzo prozaiczne.



Link 29 czerwca 2007 skomentuj (0)
run away //
Czytam "Maga". Idzie dobrze i w przyzwoitym kierunku, chociaż dopiero zaczęłam i jestem dość zadowolona z mojego wakacyjnego tempa mniej więcej dwustu stron na dobę. Przedtem czytałam "Lalkę" która przepełniała mnie perwersyjną miłością do książek jak każde wydanie powyżej czterystu stron. I naturalnie musiałam jej dotykać, gładzić kartki itepe. I teraz chodzę po peronach metra przytulając Fowlesa do piersi. Lato bardziej czytelnicze niż muzyczne; do tego stopnia, że nie mam ochoty wychodzić z domu i spotykać się, a jeżeli już się spotykam, to najbardziej delektuję się dojazdami, bo mam czas żeby czytać w autobusach i na przystankach. Tak jak pierwszego września 2006, kiedy opisywałam po raz pierwszy moje literackie uniesienie, również przy okazji Fowlesa.

Już trochę sobie radzę we wszystkich sprawach.
Plan na najbliższe półrocze. Listopad - Berlin. Berlin: Interpol.

Załóż bloga

Archiwum

2010 // 03 02 01 2009 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2008 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2007 // 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 2006 // 12 11 10 09 08

Kategorie

fetysze(53)
frustracje(51)
iwenty(33)

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl