Link 1 stycznia 2008
skomentuj (6)I to już, znowu już, znowu moje obawy się nie ziściły, z nieba spadały tylko śnieg i sztuczne iskierki, nie spadł meteoryt, nie rozpierdolił Warszawy. Impreza oczywiście w każdym calu jak wszystkie inne, trochę alkoholu - tym razem na szczęście nie za dużo, więcej nikotyny, ale raz do roku można sobie pozwolić na przekraczanie ustalonych dawek. Koło trzeciej, kiedy szukam w ogromnym, obcym domu talerza na tosty, znajduję zastawę stołową z "Pocałunkiem" Klimta, która - tak jak dom - jest trochę przekombinowana, to znaczy dużo niepotrzebnych elementów i nazbyt błyszcząca, i w sumie bez sensu, bo jak można z Klimta nalewać pomidorową na przykład. Ale zastawa inspiruje, myślę o moim przyszłym mieszkaniu, będzie kot Maine Coon i popielniczka z mosiądzu, taka, jaką się widziało na targu staroci we Lwowie, z płetwonurkiem. Ściany będą brzoskwiniowe. Chwila takich mdląco słodkich marzeń jest stałym elementem każdego Sylwestra, kiedy już wcale nie czuć alkoholu, kiedy radosny spokój na skołatane nerwy spływa, bo - och, dzięki boże - tym razem obyło się bez rzygania.
Za rok, wyrażam nadzieję, mieszkanie będzie już naprawdę. I kot.