Link 18 stycznia 2008
skomentuj (4)
Zawieszam.
Link 15 stycznia 2008
skomentuj (6)wieszczenie
To, co spotyka nas w szkole, nazywa się marnowaniem czasu. To jest dryfowanie przez morza idiotycznych informacji, które z wiedzą niewiele mają wspólnego, wreszcie wychodzimy po jedynej sensownej lekcji, tj. historii, na której zwijam się na krześle w damskich bólach, przybieram 30 różnych pozycji, mina cierpiętnika i kończyny splątane w bolesny es-flores, z tego wszystkiego nie umiem, nie mogę powiedzieć, czym jest
równe prawo wyborcze. Dostaję prawie-histerii, prawie płaczę nad kanapką z KFC, kanapka nazywa się 'Pocket'. Trafiamy do planu.b, tam dorośli mężczyźni kręcą teledysk grając na klawiszach w basenie pełnym kolorowych kuleczek. Piosenka jest równie psychodeliczna, kuleczki które się wysypały płyną powoli po podłodze, jesteśmy sfrustrowani i zmęczeni. Ten świat się rozpada. To, co nadchodzi, nazywa się końcem świata. To, co nadchodzi, szybko się zbliża, tego zwiastuny są dość widoczne już, dość oczywiste.
Zachód, na przykład, już gnić zaczyna.
Wschód pozostanie, póki będzie wódka.
Tak zawieszona, pijana, nadgniła, Polska zwariuje.
Link 13 stycznia 2008
skomentuj (4)Palę papierosa przy Preludium Deszczowym, którego właśnie słucha moja matka, czuję się parszywie. Z własnej studniówki uciekłam nieco zmodyfikowanym Kopciuszkiem, to znaczy o drugiej, wcześniej gubiąc buty świadomie i wielokrotnie. Jeżeli chodzi o konkurs 'kto nadużył solarium w największym stopniu', to mam już swoją faworytkę. Jeżeli chodzi o moją zwyczajową frustrację, to doprawdy nie mogę zrozumieć - skoro w tym zatrzęsieniu kolorów, trenów i tafty coś już musiało się powtórzyć, to czemu była to akurat moja sukienka? Poza tym Matylda raczej zblazowana, wielepaląca, nietańcząca, wrzucająca koleżankom zapalniczki za dekolt - standard.
Już się zaaklimatyzowałam, tak sądzę, widać jakieś zmiany w moim zachowaniu, czułość pomału wypiera histerię; szkoda, że potrzeba czułości wymaga wydawania takiej masy pieniędzy, że tacy jesteśmy kosztowni, że ja nie jestem w stanie wytrzymać przez kilka godzin w jednej kawiarni, więc dziennie chodzimy średnio do trzech, paląc dużo, a więc wydatki na papierosy, jedząc dużo, a więc wydatki na hamburgery, te może są najmniej istotne.
Link 9 stycznia 2008
skomentuj (4)Błyskawiczne wieści z frontu. Wymiękłam przy powstaniu dzielnicowym i teraz wiem tylko, że nową gwiazdą internetu jest Gracjan Roztocki; że ujawniono archiwalia, z których niezbicie wynika, iż Stalin został otruty; że powrócił do mnie wiecznie naćpany, wiecznie pod dźwiękiem Pete Doherty. Znowu śnią mi się kobiety i potem, jak to po snach tego typu, z jakimś niepokojem szukam ich wzrokiem po szkolnych korytarzach. Mój rehabilitant się zmienił, ale ten też ma imię na "m", wszyscy znani mi panowie, wszystkie panie od czegoś mają imię na "m", strzyże mnie więc pani Małgosia, grzywkę prostuje pan Marek, pana Marcina zastępuje pan Michał. Poza tym problemy najniższej klasy, głównie dylematy zapracowanego mola książkowego w stylu "Chciałabym teraz czytać Schulza, wspaniałego Schulza, najlepszy 'Sierpień'. Nie mogę. Powinnam skończyć wpierw 'Auto da fe'. Nie mogę. Nie mam czasu na lektury dodatkowe. Nie mam czasu na lektury. Zasypiam w przerwie między pisaniem dobranocnego smsa a otrzymaniem odpowiedzi, przerwa trwa przecież tylko dwie minuty". Idziemy do czekoladziarni w przerwie między zajęciami wraz z Ewą Jesionek, podczas zwyczajowej rozmowy, czyli anegdotek o podstawówce i rodzinie, spływa na mnie lśniąca prawda pierwsza, dotyczy ona uczuć najważniejszych, deklaracji i nazewnictwa. Będę analizować to dzisiaj.
Link 7 stycznia 2008
skomentuj (3)Dzisiaj trochę obserwacji naszej małej społeczności, jeden prosty fakt z niej wynika - wszyscy tacy sami. Rzeczy który mnie irytują nie powinny mnie irytować, bo wszyscy tak robią. Do zaakceptowania jakoś, kiedyś.
Sądzę, że ten blog potrzebuje jakiejś nowej tragedii, bez tego obumiera wśród pierdół, wszystko o czym mogłabym pisać jest pretensjonalne lub ad nauseam już tutaj wałkowane, nie mam do kogo go kierować, dramatów nie będzie, nie będzie przeprowadzki do innego miasta i barwnego, tak zbawiennego dla literatury, poczucia alienacji. Nie będzie nawet żadnej nieszczęśliwej miłości. Będziemy krążyć po mieście, jeździć przez pluchę i kupować burżujskie kanapki. Raz na jakiś czas seria łzawych smsów z miejsc odległych. Potem te wieczorne przejazdy trzeba będzie rozdmuchać, uczynić z nich podróże przez magiczne miasto, potem odległość można uczynić substytutem tragedii, dla mnie to całkiem miłe; dla rozkosznie długich przymiotników, wszystkich które można upchnąć między wielką literą a kropką, dla nich to raczej smutne.
Link 4 stycznia 2008
skomentuj (6)Czas wyrobić sobie nawyk pisania codziennie, ale póki co jestem zbyt zmęczona, ze zmęczenia staję się szalona nad kawą i zimowo rozmemłana nad ponczem gruszkowym, podczas gdy Anna je muesli z jogurtem i opowiada o swojej rodzinie, a ja o mojej, cyrkulacja anegdotek nigdy nie zawodzi. Wczoraj/dzisiaj wszystko jakoś bez sensu, jeździ się po mieście w tę i z powrotem, tu dwadzieścia złotych, tam trzydzieści, zamiast spędzać rozkoszne chwile w przytulnym gniazdku my jemy cheeseburgery; jedzenie to mój priorytet.
R. straszy u siebie ekonomiczną apokalipsą, ja też już trochę w drgawkach choć niepomiernie bardziej przeraża mnie apokalipsa tradycyjna, z gromami, jeźdźcami i podkurwionym Chrystusem. Nie ma za bardzo gdzie uciekać, Ameryka właśnie się rozpada, a propozycja Australii zostaje skwitowana "pff, kangury i socjaliści".
Link 1 stycznia 2008
skomentuj (6)I to już, znowu już, znowu moje obawy się nie ziściły, z nieba spadały tylko śnieg i sztuczne iskierki, nie spadł meteoryt, nie rozpierdolił Warszawy. Impreza oczywiście w każdym calu jak wszystkie inne, trochę alkoholu - tym razem na szczęście nie za dużo, więcej nikotyny, ale raz do roku można sobie pozwolić na przekraczanie ustalonych dawek. Koło trzeciej, kiedy szukam w ogromnym, obcym domu talerza na tosty, znajduję zastawę stołową z "Pocałunkiem" Klimta, która - tak jak dom - jest trochę przekombinowana, to znaczy dużo niepotrzebnych elementów i nazbyt błyszcząca, i w sumie bez sensu, bo jak można z Klimta nalewać pomidorową na przykład. Ale zastawa inspiruje, myślę o moim przyszłym mieszkaniu, będzie kot Maine Coon i popielniczka z mosiądzu, taka, jaką się widziało na targu staroci we Lwowie, z płetwonurkiem. Ściany będą brzoskwiniowe. Chwila takich mdląco słodkich marzeń jest stałym elementem każdego Sylwestra, kiedy już wcale nie czuć alkoholu, kiedy radosny spokój na skołatane nerwy spływa, bo - och, dzięki boże - tym razem obyło się bez rzygania.
Za rok, wyrażam nadzieję, mieszkanie będzie już naprawdę. I kot.
Link 31 grudnia 2007
skomentuj (5)zamknięcie
Czas podsumowań nastał. Trochę wstyd, że jednak co roku podsumowuję i nic to dobrego nie przynosi, ale przynajmniej nie będzie noworocznych postanowień - palić przecież nie przestanę. Jestem pod tym względem jak fryzjer-stylista z salonu urody mojej macochy, imię ma na M., jak wszyscy.
Ten rok, ten rok jest zamknięciem. Jesień 2005 otwierała drzwi do komnat cierpień i dramatów, z którymi przez dwa lata potem trzeba się było borykać. Ten rok zakończył wszystko. Papierową miłość, którą się sobie ładnie wymyśliło. Pewną niezręczną sytuację towarzyską, tak ją nazwijmy, która tyle razy jakoś z martwych wstawała. Sprawy, których w ogóle nie dostrzegałam, znalazły niespodziewanie przyjemny finał. Sprawy, które należało doprowadzić do smętnego końca, ostatecznie zakończono polubownie. Można powiedzieć - takie licealne pitu-pitu, tu w górę, tu w dół, wychodzi na zero. Cóż, jest jeszcze ojciec.
Mój najwyższej wagi argument wytaczany przeciwko światu. W styczniu on bierze ślub, na który idę ubrana na czarno, tak jakoś wyszło. A potem jest już maj, jest już czerwiec, jeżdżę do niego do szpitala, godzinami czekam na autobusy, boję się do niego mówić, staram się nie mówić żeby nie musiał odpowiadać bo przecież nie może, tylko głaszczę jego ręce, są upiorne, są białoniebieskie. Potem dostaje na tyle potężne dawki morfiny, że jest już ciągle nieprzytomny, a ja siedzę pod ścianą i w duchu cieszę się bardzo, nie muszę okazywać uczuć których nie posiadam lub których okazywać nie umiem. W dniu kiedy umiera, ja, nic nie wiedząc, uciekam ze szkoły z kolegami, oglądamy u mnie "Pulp Fiction" i pijemy tanie wino, słyszę że garaż się otwiera, wpadam w panikę, chcę ukryć kolegów, przychodzi moja zapłakana matka, mówi "nie słyszałaś, przecież mówią w radiu", wchodzę po schodach trochę chwiejnie, mówię - "przepraszam chłopcy, idźcie na chwilę do mnie do pokoju, bo właśnie umarł mój ojciec", a potem pocieszam matkę i przepraszam chłopców, że akurat dzisiaj, że tyle problemów, i ciągle przepraszam. Pamiętam, w co byłam wtedy ubrana, zawsze pamiętam.
Nie pisze się takich rzeczy, ale dzisiaj jakoś mam ochotę postawić się na piedestale ofiary i wywoływać współczucie w przypadkowych odbiorcach i poczucie winy u znajomych. Teraz nawet o nim nie myślę. Przypomina się tylko czasami, kiedy zapraszam matkę do indyjskiej restauracji jak dzisiaj i nagle dociera do mnie, że kiedyś miałam ojca, i że z tym ojcem tu właśnie byłam, tuż przed dniem, w którym jego przeziębienie okazało się rakiem krtani.
Ale nam potrzeba takich doświadczeń. My na ludzkich tragediach żerujemy, nawet jeśli to własne tragedie. Z dniem dzisiejszym zamykam ten temat, nie będzie mnie już prześladować widok otwartej trumny ani jego ręce, koniec roku może nie szczęśliwy, ale przynajmniej optymistyczny, tego należy się trzymać.
Link 29 grudnia 2007
skomentuj (3)Dzisiaj czuję się, jakby była wczesna wiosna, marzec powiedzmy, to w naturalny sposób skłania do przeróżnych porównań, podsumowań, więcej jest wspólnego niż mogłam się spodziewać. Wiosną pewności się nabiera, to wszystko przez słońce, jak można być czegokolwiek pewnym podczas dni tak wypaczonych monstrualnie - kiedy ja wstaję, słońce już zachodzi, kiedy wychodzę, zawsze jest już ciemno. Jedyny kontakt ze słońcem, to ten pojedyńczy papieros na balkonie, tylko jeden wypada w środku dnia, pierwszego bowiem pali się tuż po przebudzeniu w "dolnym salonie", trzeciego już po zmroku.
Cóż więcej, ostatnie trzy dni wolności, które staram się wykorzystać jak najlepiej robiąc
nic, jest to
nic całkowite, polegaja na zaspokajaniu potrzeb najniższego szczebla, oprócz czytania rzecz jasna - pierwszy raz od wakacji czytam książkę którą sama wybrałam. Żebym nie wypadła z wprawy, jest to mądra i uznana książka. Ale w nawale
niczego mam mało czasu, więc czytam ją tylko po północy, i później, kiedy budzę się w nocy, od dwóch tygodni nie mogę przespać w spokoju choć jednej nocy, mam koszmary, potem przestraszona leżę po ciemku, a w całym pokoju na pewno pełno jest pająków, nie mogę jednak zasnąć przy świetle, bo żarówka spali klosz, a klosz podpali łóżko i mnie. Niezbyt to pozytywne, ale jeszcze tylko trzy dni, potem wracają: rutyna, regulacje, regulamin, restrykcje.
Link 26 grudnia 2007
skomentuj (3)warszawa - kraków - warszawa
Marzą mi się święta. Zwykłe, przesłodzone święta z reklam. Rodzina, którą się lubi. Nie mówię nawet, że się kocha, po prostu ma się do niej tyle sympatii, że jest się w stanie wytrzymać wszystkie jej dziwactwa. Tak sobie myślę, że może raz, kiedyś, słowo "wigilia" nie będzie mnie napawać obrzydzeniem, bo póki co moja wigilia jest wigilią już chyba tylko z nazwy: obcy mi ludzie, których nawet moja matka - przecież ich siostra, siostrzenica, córka - znieść nie może, który krzyczą, bo ciotka jest głucha, i krzyczą też na siebie, bo nawzajem też znieść się nie są w stanie. Drzewko jest mikroskopijną zieloną szczotką oplecioną w różowe światełka, potrawa jest jedna i tłuszczem ocieka, nie łamiemy się opłatkiem bo barszcz wystygnie, nie ma nawet prezentów... I kiedy tylko zamykają się drzwi, kiedy jedziemy na dworzec, to prawie płaczę ze szczęścia, a potem nagle odkrywam że coś jest nie tak, że to na święta się czeka, nie czeka się aż święta się skończą, że to z rodziną na święta się bywa, nie od rodziny się ucieka, zresztą to nawet nie jest moja rodzina.
Link 21 grudnia 2007
skomentuj (3)No dobrze, muszę się przyznać, czasami naprawdę czuję się bardzo zadowolona, napisałabym
szczęśliwa, ale słowo to z wiadomych, mitycznych powodów nie przechodzi mi przez gardło. I tak na przykład dzisiaj, kiedy otulam się zimową muzyką (Iron & Wine) i nadal nie chcę wychodzić z łóżka, ale już w trochę innym sensie.
A ponieważ wiadomy dialog należy jednak upamiętnić, przytaczam koronny cytat z pewnej szalonej pani, która napadła nas w czwartek, kiedy spokojnie dopalałam papierosa w bocznej uliczce. Pani dużo mówiła o papieżu, a potem jakoś przepłynęła sobie, i rzekła -
bo widzicie, komunizm był bardzo dobry. Bo Pan Jezus był komunistą. Bo on chciał dobrze dla wszystkich. A potem szliśmy w stronę Waryńskiego, a ona truchtała za nami i ciskała w plecy następne ciekawostki, których, o zgrozo, nie pamiętam.
Link 19 grudnia 2007
skomentuj (1)zima z dygresją
Tak to jakoś idzie, wszystko mnie boli, zwłaszcza głowa, gigantyczne kolejki żeby zapłacić za prezenty, kupiłam w końcu jeden, lubię kupować prezenty, ale tyle ich jeszcze. I, oprócz śniegu, jest to zima w każdym calu. Spacery są, spacery pozostały, włóczymy się po centrum i tyle pieniędzy w tylu miejscach się zostawia. To naturalnie miłe, mniej miłe są powroty do domu w godzinach szczytu, wszystkie dziady naokoło mnie się kotłują, a ja próbuję słuchać Nouvelle Vague, tymczasem pani obok jest obłąkana i próbuje wyskoczyć z autobusu, krzyczy na nią jakaś Łesia Ukrainka, w końcu obłąkana pani, w skądinąd dziwnie ładnym płaszczu, zwala się na siedzenie. I wydawałoby się koniec, ale nie, bo oto nadciąga pan śmierdzący gównem, który, jak to właśnie tacy mają w zwyczaju, atakuje przypadkowych podróżnych cuchnącą pogawędką. Gdzie siada? Prawie tuż obok. Towarzystwo z autobusu stopniowo przenosi się na przód. Ja zostaję z nim, niech już śmierdzi, byle w końcu siedzieć.
Ale chociaż to miłe albo przygód pełne, najbardziej chciałabym się zagrzebać we własnym łóżku i przez tydzień z niego nie wyjść, i chciałabym nie martwić się o przyszłość, i nie być taką histeryczką. A jestem, i martwię się, i wiję się w wyrzutach. Zima; smutniej.
Link 17 grudnia 2007
skomentuj (2)I już. Wreszcie normalne życie wraca, ja chyba nie jestem przyzwyczajona do takiego towarzysko-imprezowego trybu, który i tak skubnęłam jedynie. I oczywiście, siłą tradycji, moja klasa dostała grand prix, piszę "moja klasa" a nie "my" gdyż tegorocznej sztuki nie tknęłam nawet palcem. I samo grand prix bardzo mnie tak naprawdę dziwi, i nie jestem w stanie odczuwać ogólnoklasowej euforii, i tak naprawdę, odcinając się od całej sympatii którą ich darzę, ja nie przyznałabym im tej nagrody. Ale skoro jest, cieszmy się, szalejmy. Ja jakoś nie. Ja jestem zmęczona. Dużo się widzi, dużo się przebywa, przeszłość do mnie wraca, chwilami czułam się jakby czas się cofnął dokładnie o rok, jakbym znowu miała wracać do domu szalona z rozpaczy i potem pisać rzeczy w stylu "umówmy się, że tego roku nie było, żadnego dnia, żadnej godziny", taki żal straszny czasem na mnie spada. Bo chociaż teraz wreszcie jest dobrze i wreszcie tak, jak być powinno, to przecież kiedyś jednak nie było, a ja, jak wiadomo, bardzo lubię rozdrapywać stare rany. Czasem mam wrażenie, że wszystko poszło dokładnie nie tak jak powinno. Tak się zdarza późną porą, to całkowicie niedorzeczne.
Nadchodzi czas podsumowań, więc często jeszcze będziemy poruszać ten wątek.
Link 12 grudnia 2007
skomentuj (1)[1] Spacery po Warszawie wkradły mi się do życia ostatnio i są to, jak na mój gust, całkiem długie spacery, po których nogi bolą i katar na nowo uderza, mimo licznych przystanków na licznych ławkach do których suną potem grubiańscy studenci(?).
[2] Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w roku maturalnym szkoła do reszty wzgardziła nami. Tak.
[3] Festiwal jednak nie przejdzie obok, nie da się mu umknąć, w sumie Festiwal uświadamia mi, że jednak trochę bez sensu planuję moją karierą literacką, scenopisarską, whatever, że znalezienie kilku aktorów nie jest ostatecznie aż takim problemem, a patrzeć jak sztuka z papieru przenosi się na scenę byłoby wspaniale. Może za rok, ostatecznie, może to będzie jakaś nowa sztuka o poszukiwaniu tożsamości i zmienianiu płci, i z kabaretem, i w maskach.
[+] Choinki świecą za moim oknem, Rufus Wainwright na najnowszej płycie imituje soundtracki z Disneya, Kawkę na Placu Konstytucji obwiesili białym futrzanym łańcuchem, świąteczne srutututu, całkiem to nawet przyjemne.
Link 9 grudnia 2007
skomentuj (2)Jest to piękne zjawisko, zasnąć i obudzić się w dwóch krańcowo różnych nastrojach. Wczoraj trzy godziny oczekiwania na koncert i czterdzieści minut samego koncertu, a mimo wszystko było warto, dla czarującej wersji "Obcego astronoma" i "21 dni" do których się wyło, i przy okazji mnóstwo rozterek z przeszłości doszło do głosu - zawsze kiedy słucham starych piosenek to sentymentalnieję, wspominam, wyobrażam sobie alternatywną przeszłość, czasem nawet żałuję że już jej nie ma, ale to wszystko dobre, to wszystko takie gorzko-słodkie, w idealnej dawce. I potem pomyślałam, że sytuacja która się wytwarza jest idealna i że pierwszy raz w życiu jestem stroną wygrywającą bezsprzecznie. Ale nie, sen z piekącymi oczami, śni mi się mój dziadek siedzący po turecku na dywanie, z pistoletem przy skroni, mówi że się zastrzeli jeśli nie napiszę dla niego listu, babcia mówi "nie zwracaj uwagi", uciekam do mojego pokoju i rygluję drzwi, chowam się pod kołdrą ale łóżko nie jest puste i byłe miłości chcą mnie gwałcić. Więc kiedy wstaję, a wstaję nieoczekiwanie chora, całkiem czerwona i zgwałcona przez sen, z mojej wczorajszej wieczornej wygranej nic nie zostaje, wszystko trzeba odwołać i wszędzie trzeba się śpieszyć, Boże, desperacko potrzebuję puenty, ale jak spuentować kolejną niedzielę, która jest przecież
Niedzielą, niczym mniej i niczym więcej, dniem rozmokłym w którym jedyne co dobre to muzyka i obiad, a każde spojrzenie w lustro boli parszywie...? Liczbą zdań. Tylko 5 zdań, a słów aż tyle. Proszę.